Gruess Gott, czyli w Austrii nie macie czego szukać

Tak nam mówili znajomi w Polsce, słuchając o naszych planach. Że nie znajdziemy pracy, że nikt nas nie przyjmie. Można by było się przejąć tym (do głębi), gdyby nie to, że tak nam mówią w większości miejsc – ze w tym następnym, do którego zmierzamy, na pewno się nie uda.

Seniorsy chętnie puściły przodem Jufsy, by jeszcze wysączyć ostatnią kawkę na Słowacji. Bo wiadomo, ze bez kawki ‘robota’ nie idzie. Poza tym, oprócz modlitwy i stopowania picie kawy jest przecież naszym charyzmatem. 😊

Jak się okazało Słowacja nie chciała nas tak łatwo wypuścić ze swoich objęć i każdy zaliczył długie czekanko, nie licząc przygód po drodze oraz ciekawych spotkań. Często jesteśmy pytani, jak szybko łapie się stopa. To zależy. I właśnie ta niewiadoma jest częścią przygody. Dla nas długie oczekiwanie na stopa to nie tylko czas spotkania z dobrodziejami, którzy nas podwożą, ale też do spotkania z Bogiem. Jak długo nic nie przyjeżdża wiemy już, że czas na spotkanie ze Słowem. Dlatego wozimy ze sobą Pismo Święte, by móc w każdej chwili się z Nim spotkać. Takiego Boga poznajemy w drodze. Stęsknionego nas – stąd czytanie Pisma, i stęsknionego innych – to Ci, których spotykamy w drodze i którym możemy o Nim opowiedzieć. A już najbardziej rozczulają nas takie akcje jak ta, która zdarzyła się wieczorem. Otóż trzy autostopowe dwójki (Basia, Jaga, Michał, Marysia, Luiza i Paula) spotkały się na jednej stacji, tuz przed Bratysławą. Zagłębie Bratysławy i Wiednia są zawsze newralgiczne i trzeba było uważać, żeby nie wjechać w miasto, bo musieliśmy jechać na południe. W gąszczu dróg szybkiego ruchu błąd trasy też może kosztować kilometry i godziny nawrotki. Leszek, Lidka, Gosia i Miriam byli już w Austrii, ale dotarli tylko w okolice Mattersburga. I gdy wydawało się już, że będziemy noc spędzać osobno, sprawy nagle potoczyły się bardzo szybko. Gosia i Miriam poznały Lizę, która wzięła je na ostatniego stopa i powiedziała, ze może mieć dla nas miejsce do pracy, a na pewno ogród do zanocowania. Niedługo po tej wiadomości cała szóstka ze stacji pod Bratysławą znalazła podwózkę, mało tego – prosto pod bramę ogrodu. Pan Bóg po raz kolejny pokazał nam, że umie zaaranżować naszą rzeczywistość ku wspólnemu dobru. W ogrodzie, oprócz gniazdka z prądem i kraniku z wodą znalazła się nawet piaskownica dla dzieci, żeby nasi najmniejsi tez poczuli się zaopiekowane. A my co? Rozłożyliśmy nasze zapasy jedzeniowe pod drzewkiem morelowym i błogosławiąc Pana za to, jak wspaniale o nas zadbał, doświadczyliśmy cudu rozmnożenia posiłku. Bo niby prawie nic nie było, a jednak nikt nie pozostał głodny i jeszcze co nieco zostało na śniadanie. Noc była ciepła, miejsce bezpieczne, towarzystwo najlepsze – czego więcej chcieć.

No może tylko porządnej kawki z samego rana, po której zaraz udaliśmy się na poszukiwanie miejsca do pracy. Niestety, mimo prób w paru miejscach nic nie wskazywało na to, że Mattersburg nas potrzebuje. Niemniej okazało się, że niedaleko jest wspólnota Cenacolo – to domy dla uzależnionych mężczyzn, którzy wstępując do nich deklarują się, że chcą przemienić swoje życie i wyjść z nałogu. Droga, na którą wstępują, nie jest łatwa. Wymaga dyscypliny, pokory, podporządkowania, porzucenia starych nawyków, a sam proces trwa kilka lat. Owoce tej drogi, czyli odmienione życia, pokazują jednak, że warto i że włoska zakonnica, siostra Elvira Petrozzi – nie myliła się, otwierając pierwszy taki dom w 1983 roku. W międzyczasie domów tych powstało na całym świecie już kilkadziesiąt i pomagają ponad 2000 mężczyzn i kobiet wydostać się z uzależnienia poprzez ukazanie lepszego życia opartego na przyjaźni i ufności Bogu. Nas oprowadzili Radek i Krzysiek, dwóch Polaków, którzy tam mieszkają. Wytłumaczyli nam zasady funkcjonowania tego miejsca, pokazali piękny ogród, a na zakończenie zostaliśmy ugoszczeni pysznym kompotem i ciasteczkami, oraz występem chłopaków, którzy przygotowują się na 25-lecie domu. Odśpiewaliśmy razem kilka piosenek, a na koniec Georg, najstarszy brat wspólnoty, odprawił nam swego rodzaju rekolekcje. Zaczęło się od ‘siedzenia w telefonie’ a skończyło na tym co najważniejsze – czyli miłości wyrażanej obecnością, wdzięczności za to co jest i uważności na otaczające nas piękno. Wszyscy poczuliśmy się napełnieni tym spotkaniem.

Było już późne popołudnie. jak ruszyliśmy w drogę, do Krchschlagu, nie wiedząc zupełnie co nas tam czeka. Czy rzeczywiście w Austrii nikt nas nie przyjmie…?

PS. A owe Gruess Gott (szczęść Boże) to powiedzenie, którym witają się Austriacy (zamiast zwyczajowego dzień dobry). Fajnie, nie? 🙂

PS2. Niestety, na razie nie jesteśmy w stanie dodawać zdjęć do wpisów. Zbadamy, o co chodzi i postaramy się to naprawić.

Kategorie: Bez kategorii

Dodaj komentarz