Krichschlag – czyli, życie z Pasją…

    Gdyby zsumować wszystkie historie autostopowe, jakie wydarzyły się tego dnia w drodze do Kirchschlag, to trzeba by było kilka wpisów na blogu poczynić. Zamknijmy to zatem w jednym zdaniu, że znowu cudownie znajdowali się kierowcy, choć już prawie nie było szansy na dotarcie, że przekierowywali swoją trasę dla nas i ze wszyscy dojechaliśmy prawie w tym samym momencie. I znowu Pan Bóg nas zaskoczył (jakby się dało jeszcze bardziej tego dnia!), bo okazało się, że mieszkający tutaj ksiądz Christophe przyjął nas bardzo serdecznie, i jak się okazało, mówił po angielsku. Nie tylko ucieszył się na nasz przyjazd, ale też udostępnił nam dom gościnny do dyspozycji, tak że każdy miał swoje osobne łóżko. Domem zarządzał Franz, który też zarządzał naszą pracą. A było co robić, bo miasteczko przygotowywało się do wystawienia pasji. Przedstawienie odbywa się co 5 lat od 1932 roku, czyli od 90 lat! Zaraz obok naszego domu stał teatr wybudowany specjalnie dla tego przedstawienia, a w jego przygotowanie zaangażowanych było około 500 osób z wioski (aktorów, kostiumologów, muzyków, osób odpowiedzialnych za dekoracje ect). Czuć było atmosferę przygotowań i największej troski, by wszystko się udało. I właśnie w te przygotowania zostaliśmy włączeni też i my. Nasza ekipa uzbrojona w środki czystości weszła z przytupem do centrum kulturalnego, by umyć na błysk nawet-nie-wiemy-ile metrów kwadratowych okien. Natomiast Panowie, Jurek, i dwa Michały, z bezcenną pomocą Józia, Janka i Felka, układali kostkę brukową przed domem. Nasza praca zyskała uznanie, bo następnego dnia również Weronika, zarządzająca plebanią, zatrudniła nas do pomocy. Ale ojciec Christoph doskonale wiedział, że nie samą pracą człowiek żyje, więc też oprowadził nas po wiosce, zupełnie ‘przypadkiem’ zahaczając o lodziarnie, by nas obdarować najlepszymi Eis w mieście (a właścicielka – pysznym ciastem). Wieczorna wyprawa na zamek, który dostojnie spozierał z wysokości na Kirchschlag i oczarował nas zaraz po przyjeździe, dostarczyła nam dwóch nowych znajomości. Dwie panie grające na fletach uraczyły nas muzyczną ucztą z epoki, a zachęcone przez nas chciały dotrzeć na nasze przedstawienie pasji, którą wystawiliśmy specjalnie dla nich wieczorem, przed domem. Było wzruszenie, były rozmowy, było niedowierzanie, że można tak podróżować jak my, była nadzieja, ze jeszcze jest Duch w Kościele, było blisko drugiego człowieka.

Następnego dnia z rana mogliśmy ponownie wystawić Pasję jako refleksję po Komunii Świętej podczas porannej Eucharystii. Zebraliśmy wiele ciepłych słów. Spektakl-pantomima przygotowana przez Gosię z Jufsami, do których dołączył też Leszek, poruszyła widzów już nie po raz pierwszy. Czy to przypadek, że trafiliśmy z tym przedstawieniem do miasteczka, które żyje przygotowaniami do wielkiego spektaklu o tej samej tematyce? Pozostanie to tajemnicą, choć jak mówimy Przypadek to świeckie imię Ducha Świętego. Po śniadaniu praca – czyli okien mycia i kostki brukowej kładzenia ciąg dalszy. W południe – pyszna pizza na plebanii z Weroniką i Franzem. I oczywiście kawka. A poźnym popołudniem zostaliśmy zaproszeni na basen na świeżym powietrzu ze zjeżdżalniami i trampolinami. Nie tylko dzieciaki były wniebowzięte, ale też seniorsy i jufsy rzucały się z wysokości do basenu pod chmurką, z widokiem na zamek. Życie jest piękne, i tyle!

Wieczorem jeszcze, przy świetle latarek, odprawiliśmy drogę krzyżową na wzgórzu prowadzącym do cmentarnej kaplicy. Każdy z nas przygotował rozważania do jednej stacji. Było to poruszające dla nas wszystkich. Pozostało już tylko posprzątać chatę i wybrać kolejne miejsce. Słowenia czy Włochy? Palec zatrzymał się na miasteczku Gemona del Fliuri.

Zatem Włochy! Veniamo!

 

PS. Niestety, na razie nie jesteśmy w stanie dodawać zdjęć do wpisów. Zbadamy, o co chodzi i postaramy się to naprawić.

Kategorie: Bez kategorii

Dodaj komentarz