O przychylności świętego Antoniego, skakance i podróżach w czasie…

Wyjazd w kierunku pięknej Italii rozpoczęła msza święta odprawiona przez ks.Thomasa specjalnie dla nas. A na rozchodniaczka dziewczyny upiekły jeszcze przepyszną szarlotkę w wersji z glutenem i bez, którą zjedliśmy po mszy świętej. Nakarmieni na duchu i ciele ruszyliśmy dalej! Niestety już bez Lideczki, Michała, Marysi i Kasi z Tereską, którzy musieli zawrócić do Polski.

Początek stopa wyglądał obiecująco. Pogoda sprzyjała, bo chmury dawały cień, czego trudno było uświadczyć przez ostatnie dwa dni, najgorętsze w ostatnim okresie w tym regionie. A Jaga z Gosią złapały stopa bezpośrednio do… Gemony, co natychmiast wlało otuchę w serca pozostałych autostopowiczów. Gratz okazał się jednak dla nas … trójkątem bermudzkim i oprócz Hubiego i Luizy, którzy po serii krótkich stopów też znaleźli kogoś, kto jechał do Włoch, reszta utknęła na długie godziny w okolicach Gratz właśnie.

Szukając miejsca, gdzie możemy pomóc i zatrzymać się padło na … Sanktuarium św. Antoniego. To jest taki nasz szczególny patron, tzn. większej części Europe Waits, więc nic dziwnego, że przyjął nas pod swój dach. A ojcowie franciszkanie mieszkający tutaj okazali się przecudowni. Początkowo troszkę zdystansowani do naszej wesołej gromadki, która niespodziewanie zwaliła im się na głowę, bardziej ze względu na zaskoczenie niż cokolwiek innego, szybko przełamali lody, zwłaszcza za sprawą młodych Sołtyków. Ojciec przełożony, Gian Baptiste (skądinąd już nieco leciwy) przyniósł im ..skakankę (prawdopodobnie jedyną zabawkę w klasztorze) i.. sam zaczął na niej skakać, zachęcając maluchy do zabawy. Jak się zaraz okazało nie tylko juniorsy ucieszyły się tym gadżetem, ale seniorsy także.

Jako że do Gemony zjechaliśmy w sobotę, w niedzielę nie było mowy o pracy, ale za to śpiewaliśmy na dwóch mszach świętych, opanowując pieśń Czarna Madonno po włosku (Madonna Nera), ku radości i wzruszeniu zebranych. Przeszliśmy się też po mieście, ale w porze siesty ulice świeciły pustkami, poza jedną panią, która siedziała w ogrodzie i bardzo się ucieszyła na nasze śpiewy. Natomiast po mszy świętej wieczornej znowu wystawiliśmy pasję i choć nie graliśmy dla pieniędzy, to wciśnięto nam pieniądze na lody – oczywiście już wykorzystane 😊. Bo musicie wiedzieć, że gelati (czyli lody) we Włoszech są eh!… no pyszne i już. Był tez czas na spacer i zwiedzanie miasteczka, które całe położone jest na wzgórzu, a w dodatku odbywał się tu właśnie festiwal średniowieczny, więc wieczorem miasto było pełne ludzi przebranych w kostiumy z epoki. Polecono nam też by właśnie tutaj, przed katedrą, wystawić Pasję po mszy wieczornej. Jak jednak poradzić sobie z całym tym zgiełkiem bez głośników? Otóż i na to Duch Święty znalazł sposób, a mianowicie przy kościele byli nagłośnieniowcy, którzy zgodzili się podpiąć naszą muzykę z przedstawienia do głośników. Wieczorem też miasto zupełnie nie przypominało tego z pory siesty. Wszędzie było mnóstwo ludzi w historycznych kostiumach, dam i rycerzy, katów, magów i błaznów oraz kuglarzy. W bocznym dziedzińcu za srebrne i złote monety można było nabyć trunków rozmaitych oraz pośpiewać (nie wiadomo skąd wraz z nami ‘Przybylii ułani pod okienko’). Siedząc przy pełnych kuflach zaczepili nas Anioł Gabriel i Mag, którzy przyszli z nami pożartować a tymczasem otrzymali …modlitwę wstawienniczą. Ci, którzy chcieli zaskoczyć, zostali zaskoczeni przez Ducha Świętego.

Fiesta nie trwała długo, bo chmury które zbierały się przez cały dzień, rozprute błyskawicami równie błyskawicznie i siarczyście zaczęły zraszać okolice, wypłaszając ludzi pod zadaszenia. Pobiegliśmy i my, choć trzy owieczki (Luiza, Jaga i Miriam) postanowiły jeszcze chwilkę zostać mimo burzy  i wycisnąć z tej sytuacji ostatnią kropelkę rozmawiając z rycerzami i damami, oraz.. tańcząc w deszczu. Kto jeszcze nie ma takiego doświadczenia za sobą – serdecznie polecamy!

Tyle w sprawie niedzieli. Natomiast poniedziałek to wiadomo – dzień pracy, więc i dla nas co nieco się znalazło do sprzątania. Po porannej mszy wystawiliśmy Pasję (Jufsy już mogą grać z zamkniętymi oczami), potem sprzątanko, granie na ulicy dla ludzi, znowu sprzątanko i granie Pasji oraz mini uwielbienie u sióstr Matki Bożej od Aniołów, w domu dla sióstr emerytek. Furorę, oprócz przedstawienia i śpiewania (z obowiązkowym śpiewaniem Czarnej Madonny), zrobił mały Stefek, który popisywał się swoją siłą, pchając wózek z ciastem (grunt to mieć priorytety) i sprawiał, że siostry rozpływały się w och-ach i ach-ach. Po wizycie u sióstr czas na kawkę i na lody. I tutaj też zostaliśmy poproszeni o śpiewanie, tym razem niespodziewanie, przez właścicielkę lodziarni, która widziała nas, jak śpiewaliśmy dla starszej pani na ulicy, i która z nami tańczyła. Niby dwa dni, a Gemona już wrasta nam się w serce. Ojcowie franciszkanie cudowni i serdeczni, oprócz pysznych posiłków uraczyli nas właśnie torbą bio pomidorków, pachnących słońcem. Mniam!

Niemniej teraz – dalsza droga! Dokąd? Stay tuned ;).

PS. Niestety, na razie nie jesteśmy w stanie dodawać zdjęć do wpisów. Zbadamy o co chodzi i postaramy się to naprawić.

Kategorie: Bez kategorii

komentarze 2

Dodaj komentarz